Translate

wtorek, 26 sierpnia 2014

III trymestr





         Lato w pełni. W pełni też była moja ciąża. Do rozwiązania zostawało już tylko 3 miesiące. Z jednej strony to już na prawdę nie długo z drugiej znów okres ten strasznie zaczął mi się dłużyć. Mój brzuszek stawał się coraz większym brzuchem. Z każdym kolejnym dniem ciąży było mi coraz gorzej się poruszać. Zaczęłam tęsknić za tak prostymi czynnościami, jak np. wiązanie sznurowadeł w butach, czy schylenie się po upadłą rzecz (a spadało mi ich w ten czas niesamowicie dużo i często). Będąc w zaawansowanej ciąży można poniekąd zrozumieć trud z jakim zmagają się Ci bardziej otyli ludzie. Na prawdę nie ma czego zazdrościć :/ Dobrze, że u nas ciężarnych ten nadmiar kilogramów jest tymczasowy....

ANEMIA

           W okresie III trymestru trochę słabo się czułam. Ciągle chciało mi się spać. Myślałam, że to normalne. Że mój organizm zbiera siły na poród, że nie ma czym się przejmować. Jak się później okazało  nie było to normalne. Dopadła mnie niestety lekka anemia. Podstawowe badania krwi wykazały u mnie niedobór żelaza. Byłam na pograniczu. Okazało się, że suplementy, które wówczas zażywałam nie wystarczały na pokrycie potrzeb moich i dziecka. Mała istotka "wysysała" ze mnie ile się dało :) Rosła, aż miło :) Na szczęście obeszło się bez większych komplikacji. Dodatkowa dawka żelaza w tabletkach i było ok.


WESELA

        III trymestr ciąży przypadł u mnie na miesiące: sierpień, wrzesień, październik. Planowany termin porodu wyznaczony miałam na 21 września 2013 roku. Z racji ciąży zagrożonej była to data raczej czysto orientacyjna. Spodziewałam się raczej szybszego rozwiązania. Jak było na prawdę? O tym innym razem :)
Sierpień przebiegł mi pod znakiem nauk w szkole rodzenia. Skupiona byłam na zdobywaniu informacji o porodzie. Zaczęłam też powoli kompletować wyprawkę dla bobaska. Zaznaczam słowo POWOLI :) W tym miesiącu zaczęłam przeglądać ciuszki, które dostałam od szwagierki oraz te, które zachowała moja mama z mojego dzieciństwa. Trzeba przyznać, że miałam w czym wybierać. 
            W tym miesiącu odbywało się także wesele od szwagra. Pojawił się problem: jaką sukienkę wybrać? Nie chciałam kupować niczego nowego. Po pierwsze było to trochę niepraktyczne, a po drugie nie uśmiechało mi się łażenie po sklepach i przymierzanie sukienek. Na moje szczęście w szafie miałam jedną perełkę, która idealnie się nadawała. Na pierwszy rzut oka może wyglądała niepozornie, ale z dodatkami, makijażem i fryzurą osiągnęłam całkiem zadowalający efekt.




 Co najważniejsze zestaw był wygodny na czym mi zależało. Trochę się pobawiłam, ale szaleć za bardzo (z wiadomych przyczyn) nie wypadało :)

           Poza tym okres ostatnich ciepłych dni wykorzystałam też trochę na relax i odpoczynek na łonie natury, nad kąpieliskiem itp.

           Nastał wrzesień. Coraz poważniej zaczęłam podchodzić do tematu wyprawki dla dziecka. Zaczęliśmy powoli zaopatrywać się w niezbędne sprzęty (wanienka, przewijak itp.). Przejrzane w poprzednim miesiącu ubranka zostały posegregowane wg wielkości, wyprane i wyprasowane. Kupiłam  także pampersy (1 paczkę) i inne takie rzeczy potrzebne m.in. przy porodzie, który zbliżał się nieubłaganie.

           We wrześniu czekało mnie także kolejne wesele znajomych. Zmuszona byłam zainwestować w nową kieckę. Bałam się tych zakupów, ale nie było tak źle jak myślałam :) Udało mi się znaleźć sukienkę już po czwartej przymiarce i to w jednym sklepie(!) Kreację, o której mowa wyhaczyłam w chińskim centrum za 55 zł :) Poniżej przedstawiam bohaterkę opowieści :)



              Sukienka urzekła mnie prostotą i wielofunkcyjnością. Wiedziałam, że będę mogła ją założyć na wiele okazji i to także po porodzie. Dziś mogę potwierdzić, że się wtedy nie myliłam. Ciuszek służy mi po dziś dzień :)

Do sukienki dokupiłam bolerko



NOCNE SPACERY

            Pamiętam, że pod koniec III trymestru "brzuszek" na tyle mi dokuczał, że miałam trudności ze spaniem. Bolał mnie kręgosłup i nogi. Znaleźć wygodną pozycję do snu to wyczyn prawie nie możliwy. Do tego dochodziły nocne pobudki, bo dzidzi zachciało się zabawy o 3 w nocy, później o 5 i jeszcze raz o 6tej. W tym czasie wykonałam też niezliczoną liczbę kursów łóżko - ubikacja. O porządnym wyspaniu się nie było mowy. Moja córcia (?) przyzwyczajała chyba mamusię do sytuacji po porodzie, czyli do częstego wstawania.

KARTA RUCHÓW PŁODU

           W III trymestrze, a raczej pod koniec dostałam kartę ruchów płodu. Musiałam skrupulatnie obserwować aktywność swojego dziecka w ciągu doby. Wszystko zostało odnotowane na karcie, by w razie czego lekarz wiedział co i jak. Córcia nie dawała o sobie zapomnieć, więc miałam co liczyć i notować:) Nie ma co ukrywać. Nosiłam pod sercem bardzo aktywnego bobaska : ) Całe szczęście obyło się bez bolesnych kopniaków w żebra (słyszałam, że taki kopniak potrafi na prawdę zaboleć). Zazwyczaj moja pociecha skupiała się na dolnych partiach mego ciała, głównie na pęcherzu ;/

CZEKANIE

          Po ukończeniu 36 tygodnia ciąży byłam spokojniejsza. Ciąża kwalifikowała się już do donoszonych, więc w razie czego dziecku nie powinno nic być. Zaczęłam wprowadzać do swojego życia nieco więcej ruchu. Wykonywałam ćwiczenia poznane w szkole rodzenia i cierpliwie czekałam na znak,że to już. Znaku nie było, październik tuż tuż. Rodzina zaczęła obstawiać datę porodu. Padały różne propozycje choć ja uparcie wierzyłam, że urodzę przed terminem.Z upływem kolejnych dni zaczęłam powoli w to wątpić. 39 tydzień w pełni, a ja nadal paradowałam z brzuchem.  Coś nie spieszno było na ten świat temu mojemu maleństwu. Co prawda odczuwałam już od czasu do czasu lekkie skurcze i nacisk na krocze ale poza tym nic. Dopięłam na ostatni guzik wszystkie przygotowania na przyjście maluszka. Torba do szpitala stała spakowana już od miesiąca. Mąż idąc do pracy dzwonił co parę godzin pytać jak się czuję, a kiedy ja dzwoniłam zawsze padało z jego strony:
- Co? Już? Rodzisz?

          40 tydzień ciąży za mną, a u mnie bez zmian. Na dzień wyznaczonego terminu porodu miałam wstawić się u ginekologa. Tak też zrobiłam. Wszystko w porządku. Dostałam polecenie, by za dwa do trzech dni wstawić się w szpitalu na porodówce...




środa, 23 lipca 2014

Wyprawka dla bobaska




          Termin rozwiązania zbliżał się wielkimi krokami. Nadszedł czas na pierwsze zakupy dla przyszłego członka naszej rodziny. Niestety mieliśmy ten problem, że bardzo długo nie znaliśmy płci naszej pociechy. W związku z powyższym zakupione rzeczy musiały być w kolorze uniwersalnym. I tak oto, np. zakupiliśmy:
  • żółtą wanienkę do kąpieli;
  • beżowy przewijak;
  • brązowy kocyk;
  • zieloną szczotkę do włosów z grzebykiem;
          Wyprawkę dla bobaska zaczęliśmy sukcesywnie kompletować z początkiem III trymestru. Od razu muszę przyznać, że nie należymy do tych rodziców co to kupują multum rzeczy bez większego namysłu, bopnp. coś jest fajne. O nie. Kierowaliśmy się do końca pragmatycznym podejściem do sprawy. Zakupiliśmy najpierw zdecydowane podstawy. Na nasze szczęście nie musiałam się martwić o ciuszki dla maleństwa. Bardzo dużo "odziedziczyłam" od szwagierki. Co prawda wiele z tych małych, pociesznych ubranek było w kolorze słodkiego różu, ale puki co nie martwiłam się tym. Znalazło się też kilka w bieli czy nawet niebieskim kolorze (w razie gdyby pojawił się chłopczyk). Kilka ciuszków wybrałam sobie też z kolekcji mojej mamy :) Posegregowałam, uprałam, wyprasowałam, poskładałam i poukładałam w szafce. No i gotowe :) Cieszyłam się, że moje dziecko będzie nosić moje ubranka z dzieciństwa...

           Jeśli chodzi o taką podstawę jak łóżeczko dla dziecka to tutaj też obyło się bez szaleństwa. Odrestaurowaliśmy z mężem i mamą (czyt.babcią dzidziusia) moje rodzinne łóżeczko. Wyszło całkiem ładnie. Musieliśmy jedynie znaleźć do niego nowy materac. Z racji faktu, że łóżeczko ma już swoje lata okazało się, że jest niestandardowych wymiarów. Pojawił się problem, jednak ostatecznie udało nam się go rozwiązać. Takim oto sposobem nasza dzidzia, kiedy już przyjdzie na ten świat będzie spała w łóżeczku po mamusi :) Tanie i sentymentalne rozwiązanie ! 

                 Do samego końca czekaliśmy też z zakupem "pojazdu" dla naszego maluszka. Wybór ogromny, ceny kosmiczne. I na co się zdecydować? Rozwiązanie problemu samo się znalazło. Siostra naszej wspólnej znajomej miała wózek do sprzedania w bardzo dobrym stanie. Nosidełko, gondola i spacerniak w 1 :) Pojechaliśmy na oględziny. Pojazd wydawał nam się całkiem fajny. No i kolor był dość uniwersalny (ciemny fiolet z czernią). Cena? Śmiesznie niska - 500 zł i wózek jest nasz.

"Pojazd" maluszka - gondola :)


                Miesiąc przed planowanym terminem rozwiązania zakupiłam jeszcze takie rzeczy jak:
  • pampersy;
  • wazelinę;
  • ciekłą parafinę;
           Był to niezbędnik jaki musiałam zabrać do szpitala. Został ostatni miesiąc ciąży, a ja byłam przygotowana na powitanie bobasa. Miałam już wszystkie podstawowe akcesoria. Oczywiście jak się później okazało w tym całym toku przygotowań i tak zapomniało się i kilku drobiazgach, takich jak: termometr, oczyszczacz do noska, octenisept (do suchej pielęgnacji pępuszka). Były to niewielkie wydatki.

            Od samego początku wiedziałam, że chcę karmić piersią. Butelka więc była ostatnią pozycją na naszej liście. Mimo wszystko warto mieć alternatywę w razie problemów z laktacją czy coś.

                 Nasz system sukcesywnego dokupywania rzeczy dla dziecka okazał się dla nas idealnym rozwiązaniem. Nasze rozsądne podejście i zakupy rozłożone w czasie sprawiły, że nasze finanse nie zostały jakoś specjalnie uszczuplone. Takie rozwiązanie ma jednak dobre jak i też złe strony. Dobre, bo koszty rozmyte. Nie ma jednorazowego booom wydatkowego. Złe, bo bardzo łatwo można popaść w błędne koło i dokupywać coraz to więcej i więcej.

            Co radzę? Ścisła lista tych niezbędnych wydatków. Przed każdym zakupem warto dwa razy się zastanowić, czy aby na pewno to czy tamto jest nam na prawdę potrzebne. Zdrowa ocena sytuacji, a na pewno będzie ok :) Przecież nasze mamy dawały sobie radę bez tych wszystkich gadżetów jakimi dziś zalewa nas rynek, a na jakie osoby wyrośliśmy? :D



poniedziałek, 14 lipca 2014

"Co na siebie włożyć?" - Ubrania ciążowe




           III trymestr zbliżał się wielkimi krokami, czego nie dało się już nie zauważyć. Moje ciało zmieniło się nie do poznania. Brzuszek stawał się coraz bardziej uciążliwy. Zwykłe czynności, takie jak np. kąpiel czy wiązanie sznurowadeł, zakładanie skarpetek, a nawet spanie stawały się wyzwaniem. Brzuch to nie jedyna zmiana jaką dało się od razu zauważyć. Piersi ! Teraz można powiedzieć, że je miałam ;) Z racji widocznych zmian w moim ciele pojawiało się u mnie coraz częściej, tak dobrze znane nam kobietom, pytanie: 
"Co na siebie włożyć?".

           Kwestia ubioru jest dla większości kobiet bardzo ważna. Dobrze dobrany strój potrafi poprawić humor nie jednej z nas. Zazwyczaj nie miałam większych dylematów tego typu, jednak w ciąży zaczęły się pojawiać coraz częściej. Nie chodziło o to, by jakoś maskować swój stan. Wręcz przeciwnie. Byłam dumna, że już nie długo zostanę mamą pełną parą :) Problem polegał na tym, że moja szafa chowała w sobie wiele perełek, ale w rozmiarze 38. Już dawno przestałam się do nich mieścić. Ubrań, które mogłam założyć była na prawdę garstka. Nie uśmiechało mi się chodzić w kółko w jednym i tym samym zestawie ubraniowym...trzeba było coś z tym zrobić!

         Wiedziałam, że obecny rynek oferuje kobietom w ciąży szeroki asortyment. Są specjalne spodnie, staniki, bluzki, sukienki, rajstopy, majtki...można by tak wymieniać bez końca. Niestety ich cena znacznie góruje nad cenami standardowych ubrań. Dodatkowo czasem pojawia się problem z dostępnością takich ciuchów w zwykłych sieciowych sklepach. Jest jeszcze internet, jednak przyznaję, że nie jestem zwolenniczką zamawiania ubrań tą drogą. Lubię ciuszek dotknąć, przymierzyć, zobaczyć. Osobiście nie zdecydowałam się więc na zakup ani jednej z takich rzeczy. Moja decyzja była wynikiem racjonalnego podejścia do sprawy. Nie widziałam sensu (i nadal nie widzę) kupowania ciuchów ciążowych. Pewnie są one wygodne i w ogóle, ale idzie obejść się i bez nich czego jestem przykładem. Miałam jedną jedyną rzecz typowo ciążową, a mianowicie rajstopy, które podarowała mi szwagierka. Przyznaję były wygodne, ale w standardowych rajstopach też czułam się dobrze. Prawdą jest też, że w przypadku rajstop nic nie stoi na przeszkodzie, by nosić je także po porodzie. Co innego w przypadku innych ubrań, np. sukienek, spodni itp. Po co kupować coś co w przyszłości będzie na nas z pewnością za wielkie, a nie wiadomo czy los obdarzy kolejnym potomkiem. Sama puki co nie jestem zdecydowana na druga ciążę...przynajmniej jeszcze nie teraz. Takie ciuszki musiały by leżeć w szafie nie wiadomo ile czasu. Odsprzedać? Można by, tylko komu i za ile? Nie miałam ochoty się w to bawić. Poradziłam sobie w następujący sposób...


         Przede wszystkim w okresie zaawansowanej ciąży zrezygnowałam całkowicie z jeansów. Przerzuciłam się na niezastąpione moim zdaniem leginsy. Sprawdziły się u mnie rewelacyjnie. Do tego jakaś tunika i po kłopocie. Dłuższe tuniki dodatkowo świetnie zakrywają brzuszek i plecy. Nie trzeba się martwić wystającym gołym ciałem. Polecam każdej przyszłej mamusi :) Są wygodne, rozciągliwe i można je wykorzystać nawet po porodzie, kiedy już odzyskamy naszą dawna figurkę. Jak dla mnie bomba. 
        Czas "wielkiego brzuszka" przypadł u mnie na okres letni. O standardowych krótkich spodenkach czy spódniczkach jakich byłam posiadaczką mogłam zapomnieć. Zaczęłam więc rozglądać się za czymś co również będzie elastyczne. Przyznaję, że długo szukałam. W końcu jednak znalazłam. H&M oferuje idealnie spódniczki mini na gumce. Choć mają tam ciekawy wybór kolorystyczny ja postawiłam na prostotę i klasykę. Zwykła, prosta czarna, wręcz idealna na każdą okazję i do wszystkiego. Co najważniejsze będę mogła ją założyć także po rozwiązaniu.
          Kierując się swoim pragmatycznym podejściem zaopatrzyłam się jeszcze w kilka skarbów. Były to bluzki i bluzeczki typu over size. Luźne, zwiewne, szersze i wygodne! Założyć można je i na szczuplejszą wersję siebie, a i tak wyglądać będą dobrze. 
         Jak już wcześniej wspomniałam w okresie ciąży postawiłam na wszelkiego typu tuniki. Nosiłam je bardzo często. Kilka już miałam, kilka dokupiłam. Tym sposobem wzbogaciłam się o kilka ciuszków, które będą mnie cieszyły przez dłuższy okres czasu niż tylko ciąża. 

           Dziś z perspektywy czasu cieszę się, że nie uległam i nie skusiłam się na ciążowe elementy garderoby. Jeśli w przyszłości los obdarzy mnie kolejnym dzieckiem na pewno postąpię tak samo :) Jakby nie było ciąża u mnie okazała się świetnym pretekstem na rozszerzenie swojej garderoby :) 

A jak jest u Was drogie mamy? Podzielacie moje zdanie?




           

piątek, 27 czerwca 2014

Szkoła rodzenia - TAK czy NIE?




         Z dniem, w którym dowiedziałam się, że jestem w ciąży zmieniło się poniekąd moje życie. Ciąża była dla mnie czymś upragnionym, ale i zupełnie czymś nowym. Czymś o czym niewiele wiedziałam. Wcześniej jakoś nie interesowałam się tym tematem. Wiedziałam tyle ile zasłyszałam z opowieści innych mam (m.in mojej własnej), z otoczenia, z telewizji, znajomych. Sądziłam, że to wystarczy. Niestety po raz kolejny myliłam się. Kiedy okazało się, że noszę pod sercem małą istotkę, za którą jestem w pełni odpowiedzialna poczułam, że za mało wiem. Nagromadziły się we mnie liczne obawy. Dotyczyły one samej ciąży jak i porodu czy wreszcie opieki nad maluszkiem. Byłam niepewna. Bałam się, że moja niewiedza może zaszkodzić maluszkowi. Nie wiedziałam czy sobie poradzę. Czego powinnam oczekiwać. Z każdym kolejnym dniem ciąży w mojej głowie rodziły się liczne pytania:
Skąd będę wiedziała, że to już?
Czy skurcze bardzo bolą?
Czy wytrzymam?
Kiedy do szpitala?
Czy zdążę na czas?
Co jeśli będę musiała rodzić w domu?
Jak właściwie wygląda sala porodowa?
Co powinnam ze sobą zabrać?
W czym się rodzi?
Dają piżamę, czy może trzeba mieć własną?
Ile osób będzie przy porodzie?
I tak dalej, i tak dalej.

Im bliżej terminu porodu tym więcej pytań się rodziło. Było to niczym samo napędzające się koło. O szczegółach porodu nie miałam za bardzo z kim porozmawiać. Po pierwsze krępował mnie nieco ten temat, po drugie nie miałam odwagi rozmawiać o porodzie ze znajomymi. Po trzecie bałam się, że moje obawy okażą się dla innych po prostu śmieszne. Jedyną osobą, na którą mogłam liczyć, była i jest moja mama. W końcu ona też rodziła i to aż 4 razy! Jednak prawda jest taka, że było to lata temu, w zupełnie innych czasach. Dziś do kobiety ciężarnej i do samego porodu odnosi się inaczej. Znalazłam się w przysłowiowej kropce. I co tu robić? Na moje szczęście rok temu rodziła moja szwagierka i to od niej dowiedziałam się o szkole rodzenia. Pomyślałam:
- Fajnie. Tam pewnie dowiem się wszystkiego czego powinnam wiedzieć.
Czekałam do II trymestru (bo wcześniej nie robią zapisów), by umówić się na zajęcia. Zaraz w 6 miesiącu ciąży zadzwoniłam. Niestety. Za wcześnie. Okazało się, że zapisy są na miesiąc przed planowanym terminem porodu. Z racji faktu, że moja ciąża była zagrożona udało mi się zapisać na zajęcia miesiąc wcześniej. Tak więc pierwsze zajęcia w szkole rodzenia rozpoczęłam w 7mym miesiącu ciąży. Szkoła rodzenia, do której się zapisałam była darmowa. Zajęcia obejmowały 4 spotkania po 2-3 godz. Dwa spotkania czysto teoretyczne i dwa z zajęciami praktycznymi. Nie wiem jak jest w innych miastach, ale u mnie propaguje się tzw. poród rodzinny. Na spotkania więc można było przyjść z partnerem, który będzie nam towarzyszył przy porodzie (z mężem, mamą, siostrą, chłopakiem, przyjaciółką itp.). Od razu wiedziałam, że chcę by przy porodzie był mój mąż. Na szczęście on też tego chciał, więc nie było problemu :D

          Placówka szkoły rodzenia mieści się zaraz przy szpitalu. Na pierwsze spotkanie wybrałam się z wielką ekscytacją. Towarzyszył mi oczywiście mąż, ale on wykazywał zdecydowanie więcej spokoju :) W sumie to czym miałby się martwić? To przecież ja musiałam urodzić to maleństwo. Cieszyłam się, że może w końcu ktoś rozwieje moje wątpliwości i może nieco mnie uspokoi. Czy na pewno? No cóż... Wyglądało to mniej więcej tak:

        Zajęcia teoretyczne polegały na wygłoszeniu przez prowadzącą czystej teorii o fazach porodu, hormonach jakie towarzyszą nam kobietom przy porodzie, o sposobach karmienia piersią...bla bla bla. Nic szczególnego. Nic czego nie można by dowiedzieć się z internetu. Zdążyłam już nieco poczytać więc niewiele nowego się dowiedziałam. Trochę byłam zawiedziona. Jak dla mnie: STRATA CZASU! 

            Jeśli chodzi o część praktyczną to tu było już znacznie lepiej. Jedne zajęcia obejmowały m.in. pokaz jak prawidłowo kąpać i przewijać niemowlę. Zademonstrowała nam to wszystko bardzo pięknie położna. Niestety przyszłe mamy nie wykazywały chęci spróbowania osobiście. Padło kilka pytań i tyle. Drugie zajęcia praktyczne były już nieco bardziej praktyczne z punktu widzenia nas, młodych, przyszłych mam. Pokazano nam jak prawidłowo powinnyśmy oddychać, co mogłyśmy przetestować. Zademonstrowane zostały ćwiczenia i techniki masażu, które mają na celu  przynieść ulgę przy porodzie. Jak dla mnie bomba. Co najważniejsze zostałyśmy oprowadzone po salach porodowych.
Ogólnie z zajęć wyniosłam kilka cennych uwag i porad. Nie można powiedzieć, że nie. Padło więcej światła na moje szare wyobrażenie porodu. Byłam spokojniejsza. Wiedziałam czego się spodziewać i co na 100% powinnam ze sobą zabrać do szpitala (o tym w innym poście).

           Reasumując. Czy warto zapisać się do szkoły rodzenia?

         Wszystkie przyszłe mamy, które noszą swoje pociechy pod sercem i boją się porodu. Mają wiele pytań i wątpliwości, a nie mają kogo pytać.
Moja odpowiedź brzmi: TAK!
Warto skorzystać i zapisać się na zajęcia. Jeśli masz trochę chęci i wolnego czasu co Ci szkodzi? :) Lepiej dowiedzieć się czegoś z ust fachowców. Jest to na pewno dużo bardziej wiarygodne źródło niż, np. internet.

        Osobiście, patrząc z perspektywy czasu mam mieszane uczucia. W okresie kiedy byłam w ciąży szkoła rodzenia dała mi bardzo dużo. Uczestnictwo w zajęciach uspokoiło mnie. Dowiedziałam się tego, czego chciałam się dowiedzieć. Jestem na tak. 
W trakcie samego porodu cała moja wiedza wyniesiona z zajęć okazała się zbędna. Wszystko przebiegało zupełnie inaczej. Nie tego się spodziewałam. 3 skurcze na 1 minutę? Wszędzie mówi się o 1 skurczu na 3 minuty. Tak więc niewiele wiedzy wyniesionej ze szkoły rodzenia przydało mi się w praktyce...
Dziś, jako kobieta po porodzie, myślę że dałabym radę i bez szkoły rodzenia. Praktyka i własne doświadczenie dało mi znacznie więcej. Oczywiste. Mądry człowiek po fakcie :p

         Uważam, że szkoła rodzenia jest to kwestia indywidualnego wyboru. Ja skorzystałam, a Ty?